Magazyn Uczelniany ,,Discipulus”

Nie możesz dać komuś czegoś, czego sama nie masz

Olśnienie. Olśnienie przez łzy. Nie mogę dać mojej rodzinie i najbliższym czegoś, czego sama przecież nie mam. Proste, prawda?

Jak mam okazywać swoim dzieciom łagodność, cierpliwość i wsparcie, kiedy sama dla siebie jestem najsurowszym krytykiem i bezwzględnym moralistą? Jak mogę oczekiwać od innych akceptacji i braku oceniania, gdy samej tak łatwo przychodzi mi szybkie stawianie opinii? Jak oczekiwać spokoju i bezpieczeństwa na świecie, gdy w umyśle panuje nieustanny huragan? 

Bądź zmianą, której oczekujesz na świecie, mówi Dalajlama. Ten prosty i  bezpośredni fakt przyszedł do mnie w czasie wielomiesięcznej psychoterapii. Kończąc ten niełatwy, ale jakże pozytywnie transformujący moje życie proces, poczułam potrzebę podsumowania owoców swojej, nie oszukujmy się, ciężkiej pracy.

Jednym z pierwszych zdań, jakie usłyszałam zaczynając studia na Collegium Humanum były dwa słowa fenomenalnej dr Grabizny – „Psychoterapia działa”. Słysząc to stwierdzenie od razu się uśmiechnęłam – Oh, I could not agree more!. Działa, i to bardziej niż można by sobie wyobrazić, zwłaszcza na początku mającego mieć miejsce procesu.

Cofając się nieco w czasie dochodzę do wniosków, że na pierwszy rzut oka nic mi w życiu nie brakowało. Komfortowe warunki zatrudnienia, relacje z mężem i dziećmi do pozazdroszczenia, domek z ogrodem, pełnia zdrowia i szczęście. A jednak coś mnie w środku gniotło i nie dawało spokojnie spać. Czułam, że coś jest nie tak, że mogę przecież żyć lepiej, inaczej. Miałam nieodparte wrażenie, że nie wszystko jest tak, jak mi się wydaje, że coś ważnego mi umyka. A może z premedytacją, podświadomie zamykałam na ten fakt  oczy? Wreszcie zrozumiałam, że potrzebuję operacji na otwartym sercu żeby ruszyć dalej w piękne nieznane. A może nawet operacji na otwartej duszy? Tak wiele razy ignorowałam ciche głosy swojej intuicji, co kończyło się zawsze opłakanymi skutkami. Całe szczęście nie tym razem! Wszechświat podsunął mi relację z psychoterapeutką. Relację, dzięki której odważyłam się zmienić swoje myślenie oraz przekonania. Odmienić życie – na lepsze, na lżejsze. Na życie bezwysiłkowe i pełne zaufania. Droga do wyznaczonego celu wcale do prostych nie należała, szczególnie na początku procesu. Z grubsza oceniając, przez połowę sesji tonęłam we łzach. Niewypłakane wcześniej łzy nigdy same nie wyparowały. Zostały przeze mnie głęboko schowane, zapakowane i zafoliowane. Silne emocje dopominały się o uwagę, uznanie i rozpracowanie. To one mnie tak gniotły w sercu i były ciężarem, który zupełnie niepotrzebnie nosiłam każdego dnia. Krok po kroku zaczęłam odpakowywać wypełnione worki tłumionym smutkiem („No już tak nie płacz! Nie bądź płaczka żydowska!”), skrywaną złością („Nie pyskuj tak! Nie dyskutuj ze starszymi!”) i obezwładniającym lękiem z dzieciństwa. 

W czasie terapii nie raz dopadała mnie frustracja – ile można płakać, ile można krążyć wokół tych samych, bolesnych tematów, ile można płacić za możliwość cotygodniowego obezwładniającego szlochu niemal od pierwszych słów terapeutki. Teraz już wiem – trzeba wylać z siebie dokładnie tyle łez, ile potrzeba. Tyle ile jest we mnie uczucia smutku, żalu, tęsknoty, poczucia winy, braku spełnienia. Aż do momentu uzdrowienia wszystkich traum, pozbycia się szkodliwych przekonań i zrozumienia, ile tak naprawdę jest mnie we mnie. Czasami myślałam, że może wcale nie warto było zaczynać całej ścieżki z psychoterapią. Burzyć fundamentów własnego ułożonego już przecież życia, które jakoś tam się kręciło. Przecież jestem w kilku procentach ludzi na świecie, który mają wszystkie podstawowe potrzeby zapewnione, nic więcej nie powinno było być mi do życia potrzebne. Tylko, że moja podświadomość, a dokładniej moja dusza nie zgadzała się na „jakieś tam życie”. Na takie, które samo się toczy, a ja tylko biernie obserwuję bieg wydarzeń. W wirze codziennych obowiązków, rzeczy do załatwienia, nigdy nie kończącego się gotowania i sprzątania, tak trudno było mi się zatrzymać choć na chwilę i zastanowić – czy to jest życie, które sobie wymarzyłam, czy tylko życie przydarza mi się jakoś tak przy okazji? Czy to jest moja prawda, czy tylko przekonanie, które ktoś we mnie zaszczepił? Czy realizuję swoje wartości, a w zasadzie… jakie są moje wartości? Czy są one tak naprawdę moje, a nie mojej mamy, moich przyjaciół czy jakiegokolwiek innego autorytetu. Ile jest w moim życiu mnie i tego, co naprawdę ważne? 

Trudne, a dla wielu ludzi być może niemożliwym, jest przejście tego procesu bez przewodnika. Moja psychoteraputka była dla mnie czułą przewodniczką, trzymającą mnie za rękę, dającą oparcie i bezpieczeństwo, wskazującą możliwe kierunki. Jednocześnie bezwzględnie podważała moje stwierdzenia, które kompletnie nie trzymały się kupy, zadawała najtrudniejsze pytania i dotykała najboleśniejszych miejsc. Tak łatwo przychodziło mi oszukiwanie siebie samej, wynajdywanie coraz to nowszych wymówek i usprawiedliwień. Patrząc na siebie przez filtry, które narosły w moim umyśle przez wszystkie lata mojego życia. 

Z tego powodu potrzebnym jest posiadanie kogoś obiektywnego, o bystrym spojrzeniu, a jednocześnie czułego i pełnego empatii, żeby te wszystkie nieścisłości, nieszczerości i machlojki umysłu wyłapać i pokazać nam na tacy. Uwalnianie traum, tych przez małe i duże „T”, jest niczym rozbrajanie tykającej bomby i pomoc dobrego specjalisty, który energię tam zmagazynowaną wypuści w sposób kontrolowany jest niezwykle kluczowa Ale jakże wspaniałe jest życie z tą nową, świeżo uwolnioną energią! Im więcej rozpuszczonej złości czy lęku, tym bardziej chce się żyć na nowo.

Jestem wdzięczna sobie, że odważyłam się na pierwszą sesję terapii i nie cofnęłam się z tej drogi aż do końca. Jestem wdzięczna wszechświatowi za to, że podsunął mi terapeutkę dokładnie taką, jakiej potrzebowałam. Przeglądam swoje notatki z terapii, pełne olśnień, odkryć i prawd, które wreszcie są moje. Minimalizuję kontrolę, która wynikała z lęku. Śledzę myśli, które są w mojej głowie, ale wcale nie są moje. Zamieniam je na nowe, wspierające zdania. Przytulam i pocieszam kilkuletnią Asię, zaprzyjaźniłam się z nastoletnią Aśką, dając jej bezwarunkową akceptację. I tak bardzo, bardzo cieszę się życiem.

Jeśli Ciebie, drogi Czytelniku, też coś gniecie w środku, mogę tylko za dr Grabizną powtórzyć – psychoterapia działa. Znajdziesz odwagę na lżejsze życie?

Joanna Siemiątkowska

Archiwum

Co tak naprawdę jest głównym powodem sytuacji, w których jedno z partnerów zataja jakąś informację przed drugim? 

Stres jest jednym z bodźców najmocniej wpływających na nasze zachowanie. Kiedy jesteśmy pod wpływem jego oddziaływania, nasze pierwotne instynkty dążą do pozbycia się stresora bądź stresorów. Każdy z nas reaguje odmiennie, ale czy zawsze te sposoby są dobre?